Get Adobe Flash player

Świadectwo 14
Mój Mąż, Kazimierz Kołtun wrócił z niewoli z Bawarii w 1940 r., ponieważ był bardzo ciężko chory. Leczył Go żydowski lekarz w Warszawie z ul. Czerniakowskiej. Ten lekarz powiedział: „Teraz choroba ustąpiła, ale jeśli po trzech latach powróci, to już nic chorego nie uratuje, chyba cud”. Mąż był chory na tzw. cholerynkę, to była taka obozowa choroba, co po trzech latach się wraca i wtedy już jest śmiertelna.
Od mleczarki z Siekierek, która przynosiła nam mleko, dowiedziałam się, że tam na Siekierkach Matka Najświętsza pokazuje się dziewczynce, na wiśni. Pojechałam tam z mężem, bo minęło 3 lata i choroba zaczęła wracać. Raz i drugi byliśmy razem, a na 3 raz pojechałam sama, bo Mąż już był bardzo chory prawie w agonii. Błagałam Matkę Bożą o zdrowie dla niego. Władzia, ta dziewczynka podczas widzeń też prosiła za mężem i otrzymałam zapewnienie, że gdy powrócę do domu, to mąż mój zostanie uzdrowiony. Gdy wróciłam mąż spał. Obudziłam Go mówiąc: Wstań Kaziu, Matka Najświętsza Cię uzdrowiła, będziesz żył. - I mój mąż powoli zszedł z łóżka, kląkł na kolana przed ołtarzykiem, który mam w domu i dziękowaliśmy Matce Najświętszej za tę wielką łaskę. Od tej pory, tj. od 1943 do 1976 minęło 33 lata i mąż mój żyje.
Z wdzięczności za to przyrzekam Ci Matko Najświętsza , że dokąd będę żyła, to będę tu do Ciebie przychodziła i będę Tobie służyła.

niegodna Twoja służebnica
/-/ F. Kołtun

Świadectwo 15
1956 r. Halina Kaczorowska rodziła syna, miała bardzo ciężki poród. Przy porodzie dostała skrzepów w obydwu nogach. Lekarze powiedzieli, że to wątpliwa sprawa, żeby przez 8 dni mieć gorączkę do 40 stopni. Mąż zapłakany przyszedł do domu i opowiedział mi to co lekarz powiedział.

O godzinie 21 w nocy przyjechaliśmy na Siekierki do kaplicy i zaczęliśmy się wszyscy modlić w intencji Halinki Kaczorowskiej o Jej poprawę zdrowia. Zmówiliśmy różaniec do Matki Bożej, a było nas wszystkich 7-dem osób. Wróciliśmy do domu i po modlitwie odeszła Jej gorączka, a wszystko to się że, doznała łaski i cudu u Matki Bożej działo za pomocą Matki Bożej. Doznała łaski i cudu u Matki Bożej na Siekierkach i została uzdrowiona.

/-/ F. Kołtun

Świadectwo 16
Mój wnuczek Krzysio mając l rok i 4 miesiące, biegł przywitać swoją Mamusię, która powracała ze szpitala i upadł w tył i miał wstrząs mózgu, w tym przyczepiła się ropna angina, ostry katar kiszek. Leczył go doktór profesor Bogdanowicz i inni sławni lekarze go leczyli i powiedzieli, że stan zdrowia jest beznadziejny. A my nie tracąc nawet chwili przyszliśmy na Siekierki do Matki Bożej z dzieckiem. Położyliśmy go u stóp ołtarza Matki Bożej prosząc o miłosierdzie dla niego, i stał się cud. Matka Boża uleczyła Krzysztofa Kaczorowskiego. Mamusia poszła do lekarza pokazując go lekarzowi, a on powiedział, że to nie jest jego moc, lecz to wyższa siła Boża go uleczyła. Krzysztof Kaczorowski został uzdrowiony w 1958 roku.

/-/ F. Kołtun

Świadectwo 17
Ja mieszkaniec Siekierek Halczyj Bazyli zam. przy ul. Polskiej 6a otrzymałem od Matki Bożej Siekierkowskiej łaskę, za którą pragnę podziękować i uczcić to miejsce objawień Matki Bożej Siekierkowskiej.

Opis wydarzenia

W 1944 r. wiosną w okresie okupacji hitlerowskiej, ja Halczyj Bazyli i inż. Ksawery Nowicki mieszkaniec Leśnej Podkowy, zostaliśmy w obławie przez gestapowców postawieni na rozstrzelanie z rękami do góry podniesionymi. Patrzyliśmy jak się przygotowywali do wykonania salwy w naszym kierunku.

Ja zawołałem: Matko Najświętsza ratuj nas! Głośno zawołałem, tak że Niemcy na pewno słyszeli. I jeden z Niemców z lewego skrzydła, zareagował swoją postawą i nastąpiło zamieszanie wśród Niemców, zrobili przy nas rewizję i zostawili nas w tym miejscu i sami się oddalili w kierunku Marymontu, my zostaliśmy i żywi i wolni.

W tym okresie wyjątkowo byłem uczuciowo zaangażowany objawieniami Matki Bożej Siekierkowskiej. Moje gorące podziękowanie za tak wielką łaskę składam u stóp Matki Bożej Siekierkowskiej.

/-/ Halczyj Bazyli

Świadectwo 18
Pragnę, aby było wiadome Władzom Kościoła, iż około siedmiu lat temu - jako matka - miałam tragiczne przeżycie w związku z córką moją, lekarką, która złamała kręgosłup - jadąc konno, na koniu (jak się okazało ten szaleńczy koń pozbawił życia cztery osoby). Działo się to w Szwajcarii. Naturalnie, najlepsi lekarze, profesorowie - nie dawali nadziei, by córka mogła powrócić do swych prac naukowo-zawodowych.

Przypadkowo, będąc w kościele Zbawiciela, spowiadając się, zostałam poinformowana przez spowiednika, że istnieje w Warszawie na Siekierkach cudowna Matka Najświętsza, która wiele łask cudownych dała ludziom. Odtąd żebrałam u Matki Bożej łaski uzdrowienia mego dziecka. I cud ten zaistniał. Kręgosłup córki nie tylko zrósł się, bez najmniejszych uszczerbków, czy w następstwie jakichś odczuć. W ciągu lat córka moja nie odczuwa najmniejszego bólu, a sprawność ruchów i to zawsze energicznych - ma idealną, taką jak przed wypadkiem.

Korząc się u stóp Matki Bożej Siekierkowskiej w najgłębszej wdzięczności, ja, wysłuchana matka, pragnę gorąco, by imię Cudownej Matki Siekierkowskiej było jak najbardziej rozsławione i uwielbione.

/-/ Maria Grabowska

Warszawa, 23.III.1978 r.

tel. 41-07-....

Świadectwo 19

Anna Deptuła artysta plastyk zam. Warszawa Jazdów 12/....

W 1962 r. poznałam Panią Florę Kołtun. Ona właśnie zaproponowała mi odnowienie obrazów i figurek w Kapliczce Matki Bożej na Siekierkach, było to w marcu w bardzo dżdżysty dzień. Udałam się rano z farbami, po przybyciu na miejsce zaświeciło tak jasno słońce i zrobiło się tak ciepło, że bardzo szybko szła mi praca. Nie miałam wówczas posady - było mi bardzo ciężko, ale pracę tę potraktowałam z niewielkim wynagrodzeniem. Nazajutrz padał śnieg, było bardzo zimno, kiedy jechałam powtórnie w celu wykończenia figurek i również powtórzyła się historia ze słońcem, znowu pojaśniało i zrobiło się ciepło, byłam z córeczką, pomalowałam i pojechałam do domu. Na 3 dzień został mi obraz z wiśnią do odnowienia, tym razem było bardzo zimno i padał deszcz, więc nie rano, lecz przyjechałam w południe, usiadłam we wnętrzu Kapliczki. Przychodziło wiele osób prosząc o różne łaski, modląc się i narzekając na swój los. Odchodzili, robiło się ciemno, zapaliłam światełka i westchnęłam.
"Nic więcej Matko Boża nie chcę, ale bardzo pragnę pracować, aby moje dzieci nie były głodne i abyśmy byli zdrowi".
Minęło pół godziny, a może godzina, biegnie mój mąż i śmieje się, że organizują wystawę w Pałacu Kultury i Nauki p.t. "Afryka nieznana, a zawsze bliska”.
Następnie po ukończeniu wystawy dostałam pracę na stałe i odtąd nie miałam głodnych dni.
Innym razem w Kapliczce modliłam się o powrót męża, który odszedł od nas i nawet mam rozwód i także Matka Boża pozwoliła na połączenie się całej rodziny i obecnie wszyscy razem i w zgodzie.

Anna Deptuła

Świadectwo 20

Nazywam się Danielak Franciszka. Mieszkam na Siekierkach na ul. Gościniec 9. Matka moja Barbara Grzelec, lat wtedy około 70, już po Powstaniu Warszawskim, cierpiała bardzo na nogi, bolały ją bardzo kolana, kostki, tak że chodziła o kijku. Prawdopodobnie był to silny artretyzm, bo u doktorów się nie leczyła. Namawiali Mamę sąsiedzi, a zwłaszcza Pani Lewandowska, która zajmowała się Kapliczką, by Mama prosiła Matkę Bożą o uzdrowienie. Mama, choć bardzo wierząca, nie wierzyła, że właśnie Ona może być uzdrowiona cudownie. Jednak za namową Pani Lewandowskiej poszła do Kaplicy w rocznicę objawień - 3 maja. Tego dnia było dużo ludzi, nie mogła więc wejść do Kaplicy. Poszła więc za kaplicę, tam gdzie jeszcze wtedy rosła ta wiśnia.
Uklękła - coś ją jakby przeszyło, zelektryzowało. Odłożyła kije i Mamusi się dobrze zrobiło. Ze łzami modliła się i dziękowała Matce Bożej, a do domu wróciła o własnych siłach. Żyła 91 lat, a nogi miała do końca zdrowe, o czym świadczy wielu, co Mamę znali.
Ja nie byłam tam wtedy, bo ciężko pracowałam.

Danielak F.

Świadectwo 21
Wiem, że dzięki Matce Najświętszej żyje mój syn. Był maleńkim dzieckiem, gdy po nieudanej operacji umierał w szpitalu na Kopernika i poddany został powtórnej, ale już beznadziejnie absolutnie, wtedy to zwróciłam się z gorącą prośbą do Matki Bożej, a już była noc, a ja sama długo i gorąco poświęcałam go opiece Matki Najświętszej i gdy rano wróciłam do szpitala, lekarz z wielkim zdziwieniem powiedział mi, że dziecko żyje i że będzie miał na imię. Marian, bo w dzień Matki Bożej tj. Marii dziecku wróciło życie.

/-/ Te. Janowska matka dziecka, które ma już 28 lat
Warszawa - Siekierki 15.VIII.1979 r.
Ustne dopełnienie szczegółów: /S. Nazaretanka/
Syn miał wtedy 1 rok /1950/. Po drugiej - wiedząc, że już o beznadziejnej operacji - pierwsze moje kroki skierowałam tu, do Matki Bożej w Kaplicy na Siekierkach, a świadkiem, że tu byłam jest mąż Pani Adamczyk, który mnie spotkał bardzo płaczącą. Wziął mnie za ramię i pocieszał, że wszystko będzie dobrze i dodał:
"Niech się Pani modli…"

Świadectwo 22

Adamczyk Czesława.
Warszawa ul. Nadrzeczna

W 1952 r. moja 8 miesięczna córeczka Elżunia Adamczyk zachorowała bardzo poważnie. Dziecko miało biegunkę i wymioty. Niknęło w oczach. Wezwany lekarz stwierdził zatrucie. Stan zdrowia dziecka pogarszał się dosłownie z godziny na godzinę. Wtedy oboje z mężem pojechaliśmy z dzieckiem do bardzo słynnej w tych latach doktór (nie pamiętam dokładnie jej nazwiska, chyba dr Roszkowska), która przyjmowała prywatnie w swoim Gabinecie mieszczącym się przy ul. Wilczej róg Marszałkowskiej. Lekarz przepisała leki z adnotacją bardzo pilne na recepcie. W aptece rzeczywiście zrobiono nam te lekarstwa dosłownie na poczekaniu, ale dziecko nie przyjmowało już tych lekarstw. (Po wlaniu do buzi natychmiast zwracało). Kiedy przechodzący ulicą, znajomy nasz-lekarz zobaczył mnie, zrozpaczoną i zapłakaną i kiedy dowiedział się o przyczynie mojej rozpaczy, wszedł do mojego domu. Zobaczył chore dziecko, wziął do ręki leki, które dziecko zwracało. Stwierdził, że bardzo dobrze się stało, że dziecko nie przyjmuje tych leków, ponieważ są one zbyt silne (powiedział dosłownie, że jest to "końska dawka") i żeby ich dziecku nie podawać. Ponieważ doktór ten jest internistą, a nie pediatrą a stan, w którym znalazł moje dziecko uważał jak mi potem powiedział za beznadziejny, napisał list polecający, do swego kolegi dr med. Michałowskiego, który był w tym czasie ordynatorem szpitala dziecięcego na Woli. Powiedział, żebym natychmiast z dzieckiem tam jechała. Oboje z mężem zabraliśmy dziecko i pojechaliśmy do szpitala. Ponieważ nasz samochód był zepsuty, pojechaliśmy autobusem. Kiedy ja kupowałam w kiosku "Ruchu" bilety, do męża trzymającego dziecko, podeszła znajoma pani i orzekła że nie powinniśmy dziecka oddawać do szpitala, bo to już nie pomoże. A lepiej niech dziecko umrze w domu. Lekarz dyżurny, który przyjmował dziecko, widząc moją rozpacz nic przy mnie nie mówił. Ale poprosił mego męża na chwilę na bok. Kiedy pytałam męża o czym mówili, powiedział, że lekarz informował go, że może przychodzić do szpitala codziennie i w jakich godzinach. Jak się potem dowiedziałam lekarz powiedział mu, że właściwie to on nie powinien przyjąć dziecka do szpitala, ponieważ dziecko jest w takim stanie, że nic mu już nie pomoże. Oraz żeby był przygotowany na najgorsze, uważał że dziecko nie wyżyje do rana i że przyjął je do szpitala ze względu na list polecający, kiedy wróciliśmy do domu było już bardzo późno, około godz.22 postanowiliśmy wraz z mamą mego męża pójść natychmiast do Kapliczki do Matki Bożej i tam szukać ratunku. W Kaplicy modliliśmy się razem z panią, która tam była (sprzątała Kaplicę). Następnego dnia rano mąż pojechał do szpitala sam. Wiedząc, że jestem chora na serce, nie pozwolił mi jechać razem z sobą, bo sądził że dziecko nie żyje. Okazało się, że dobrze, że nie pojechałam do szpitala, bo mąż mój czekając na lekarza dyżurnego, zauważył pielęgniarza który w białym prześcieradełku niósł zwłoki dziecka. Kiedy podszedł do niego, to człowiek ten powiedział mu że są to zwłoki dziewczynki, o nazwisku Adamczyk. Mój mąż chciał koniecznie zobaczyć dziecko, ale człowiek ten odmówił mu kategorycznie. Wtedy mój mąż powiedział, że jest ojcem tego dziecka. Okazało się jednak, że zmarła dziewczynka była córeczką lekarza i zbiegiem okoliczności miała to samo nazwisko - Adamczyk, imię tylko miała inne - Wanda. Po tym przykrym incydencie, mąż spotkał się z lekarzem (tym samym, który przyjmował dziecko do szpitala), który orzekł że jest zaskoczony stanem zdrowia dziecka. Powiedział mężowi, że pomiędzy godz. 22 a 23-cią stan zdrowia dziecka radykalnie się poprawił, użył wyrażenia, że nastąpiła taka poprawa jakby „przewrócił kartę książki” i że bardzo żałował, że nie mógł nas powiadomić o tym, zwłaszcza, że sam powiedział, że dziecko jest w takim stanie, że jego godziny są policzone. Córeczka moja w szpitalu miała rzeczywiście bardzo dobrą opiekę - jak nas poinformował lekarz miała trzy transfuzje, oraz inne leki zagraniczne. Ale ja i cała moja rodzina jesteśmy głęboko przekonani, że to, że ona żyje zawdzięczamy Matce Bożej- Siekierkowskiej. Od tamtego faktu, w każdej trudnej sytuacji życiowej z ufnością biegnę do Kaplicy i tam modlę się do Matki Boskiej, prosząc o potrzebne mi łaski.

/-/ C. Adamczyk

Świadectwo 23
Mówi Pani Stefania Kolańska lat 80
(nagrane na taśmę)
Rok 1977

Odkąd Pani zna Panią Władzię?

Kotuniu - Ona - mieszkaliśmy razem w jednym domku, od dziecka, z moimi dziećmi. Ja zazdrościłam, że nie moje dzieci takie są. Przed widzeniem. To dziecko było dla Boga. To było dziecko dla Boga proszę panią. Pobożne, przyszłam nieraz z drogi z tego smutku, a ona mówi: Pani Kolańska - jeszcze przed widzeniem, zaśpiewajmy Gorzkie Żale, czy jakie pieśni postne. Wszystko było dla niej mało, wszystko mało. Ja zawsze zazdrościłam, że moje dzieci takie nie są. To był maj proszę siostry. Piękna pogoda. 3 maj. Ona mieszkała na pierwszym piętrze, a ja byłam na dole. Sama. Matka w drodze. Samiuteńka jedna. Więc Ona - przy każdym krzyżuśmy śpiewały, siostro. Może za głośno mówię? - Przy każdym krzyżuśmy śpiewali, więc Ona przyszła od tego krzyża. Okno otwarte. Piękna pogoda. Uklękła w oknie. A wiśnia była naprzeciwko niej okna. Więc to dziecko się modli. Przyszło od krzyża i modli się. Za chorego wujka, za koniec wojny. Jak umiała tak się modliła. Więc proszę panią jak Ona się tak modliła, ujrzała ogromną jasność. Ale to jasność była nadziemska. I ujrzała piękną Panią. Panią na wiśni. I mówi do mnie. Położyła główkę mi na ramieniu i mówi: Pani Kolańska, mówi. Ja widziałam Matkę Bożą żywą na wiśni. Więc ja mówię tak: Możeś spała? Może śniło ci się?" - Nie spałam, tylko się modliłam. Więc mówi osiem minut tylko najwyżej widziałam Matkę Bożą. Tylko 8. - A co Matka Boża mówiła? Tylko się uśmiechała. A ta szarfa niebieska tak się powinęła, mówi. Ale nigdy takiej piękności w życiu nie widziałam, te stopieńki spod tej sukni, mówi. Jaka piękna Pani. Ja w życiu nie widziałam.
Czy ja w życiu będę widziała taką piękność. I tak do mnie mówi. Czy ja będę w życiu to widziała. Tak króciutko. Więc na drugi dzień matka przyszła. Opowiada matce. Mamusiu, ja widziałam Matkę Bożą żywą na wiśni. A matka wierzyła, bo to dziecko było - tak jak i ja wierzyłam - prawie nigdy nie skłamała nic. Więc matka wierzyła. To siostro później prawie miała co dzień widzenie. To ludzie na razie - to wie siostra, jedni wierzyli, inni nie wierzyli. To ksiądz - do parafii się doszło na Chełmskiej mieli parafię - Ksiądz powiedział: Może dziecko trzeba do lekarza. Wszystko nic nie pomogło siostro. To siostro kochana, niech siostra wierzy, to był maj - to było może po maju, bo to ona dopiero, Matka Boża w miesiąc maj przemówiła do niej. To mogła na złotej wstędze przeczytać, co ma czynić - u stóp Maryi. Żeby tu gdzie ta wiśnia stał krzyż albo mała kapliczka. Żeby koniecznie paliła lampkę oliwną. To u nas co to w każdym domu dawniej tak było. Z oliwy lampka całą noc się paliła. To Matka Boża jej to zlecenie dała o tej lampce. To tę lampkę później trzymali. Dopiero skasowana jest z 8 lat. A ja paliłam wciąż. Butlę oliwy kupowałam, bo ta kobieta która się opiekowała umarła, to ja się parę lat, 5 lat opiekowałam tą kapliczką. Tak mi przykro, Mateńko, mówię przyjdą - wychowałam dwoje dzieci drobnych córce - przyjdą, będą Ci hołd tu składać. Ale teraz nie ma tak - Warszawa wierząca - ale wszystko z daleka. Przyszli, się pomodlili, a tu trzeba tak jak Kołtunowa, co dzień teraz tak trzeba było, więc siostro kochana, to ja tak sobie mówię. Mój Boże kochany. To tam ta Matka Boża opuszczona i to wszystko - to siostro, to ta wiśnia jak była tak była i przy tej wiśni był stoliczek i do Powstania ołtarzyk i tam myśmy się modlili. Więc siostro, zaraz siostrze powiem. Więc to był maj. Maj minął. No te widzenia ma, to Ona po maju, bo to dopiero Matka Boża przemówiła do niej w miesiąc, w miesiąc. Więc wyszła na podwórko. Ja jestem, matki nie ma, nas trzy sąsiadki tylko. A Ona - deszcz pada - a Ona uklękła. Deszcz na nią pada, nie zważa na to. Ujrzała jasność na tej wiśni. Mówi tak. Mateńko! daj mi znak, żeby mnie uwierzyli, że ja Cię żywą widzę. - Takie słowa. A Matka Boża mówi do niej: "Niedługo dzwon zadzwoni, a wszyscy uwierzą, że Ja tu byłam". Proszę panią, to niech pani wierzy, następny raz jak przyszłam, to pełno dzieci jest tutaj - całe mieszkanie, bo ludzi nie było. Ona ma to widzenie. Klęczy na parapecie. Patrzy się na tę wiśnię. Ja przyszłam do nich - i sąsiadka - mieszkania, a tu pełno dzieci. To spod - to miała takie nauki. Tak śpiewała i mówiła, żebyśmy śpiewali z nią. Śpiewała i ten różaniec w ręku trzymała, tak, bo to Matka Boża jej mówiła, żeby na różańcu się modliła. Matka Boża jej takie, takie rozkazy dawała. Różaniec trzyma, tak trzyma, modli się, a tam pośród wszystkich tych dzieci, troje dzieci widziało - cała wiśnia oblepiona była brązowymi gołębiami. Jeden kolor. To też znaczące. To mój syn, ten pijak, który rozwiedziony, był chłopakiem, miał 11 widać godny był. I proszę siostry, to tylko troje mogło to widzieć, to też jakieś znaczenie jest. To siostro kochana, nadszedł czerwiec, znaczy dzień 28 czerwca. Pan Jezus się objawił z otwartym Sercem, tego samego roku i Pan Jezus do Niej mówił: "Kup taki obraz jak mnie widzisz, z Sercem otwartym". Ona go ma w domu u siebie. Ten obraz - "Kup taki jak mnie widzisz". - To siostro, żeby siostra wiedziała, jakie Pan Jezus miał nauki do nas i błogosławieństwo podług życia człowieka, to siostra by to łykała, wszystko mało było, i to wtenczas jak było nas niedużo. A jak było dużo to Pan Jezus powiedział: "Dużo zebranych, a mało wybranych". - Zaczęła się tu rzesza - chodzili. No bo to tak - jedni wierzyli - Warszawa tak wierna. Grono warszawskie od razu jak się dowiedziało - pięknie śpiewali, modlili się, że aż płakałam, że jeszcze ludzie są takie wierne. Więc siostro kochana, jakie Pan Jezus miał nauki do każdego człowieka, to pani wie, że ach mówię pani, że ja już nie spamiętam, tylko trochę pani siostrze powiem. No to ja się trzęsłam, bo strasznie się czułam grzeszna, że Pan Jezus będzie mnie tam coś mówił, tak się bałam, tak. Pan Jezus mówi: "Córko - mówi idziesz ciernistą drogą upadasz wzywasz Mojej pomocy. Ja cię zawsze podźwignę". Ja w życiu nie zapomnę tych słów.

Przez usta Władzi?

Władzi. Ona obowiązkowo nam to powtarzała - przykleiło się do Niej. Krzyżem przeżegnała i wtedy Pan Jezus do Niej mówił, a Ona powtarzała i takich kobiet kilka podług życia człowieka. Nawet, która była z dala od Pana Jezusa, to Pan Jezus tak pięknie przemówił: "Ja jestem Ojcem waszym". - To proszę siostry, to ta jedna to już umarła, umarła w tym roku, to róże przynosiła wciąż. I za te róże, to Pan Jezus jak jej dziękował. Jak wszystko to mówię siostrze, to nie da się opowiedzieć. Siostro, nie da się wszystko opowiedzieć. Więc siostro, to tego, to właśnie to ma ta kobieta, która taka religijna, opiekowała się tą kapliczką, to miała trzy córki, ale jedna była, no... niby dla ludzi grzeczna, dobra, taka uprzejma - wierząca w Boga, ale więcej z dala…

Nie praktykująca.

No tak - troszkę sobie tak – w towarzystwie pozwalała troszeczkę. Ta matka to trochę cierpiała. Więc zapoznała człowieka to króciutko siostrze powiem - religijnego, takiego starszego kolejarza z Łodzi. Więc matka mówi: „Nie wiem, czy będzie dobra żona” - bo taka była szczera - mówi. A ja ją sobie wychowam. I po ślubie w tydzień przyszli do tej matki. Akurat na tej facjacie przed Powstaniem jest błogosławieństwo dla nas kilku. - Więc ja ją znam od dziecka, a jego nie znam. Więc przykląkł, pocałował ten krzyż i mówi Pan Jezus do niego: "Synu mój, ty jak przyjdziesz do kościoła, to największy hołd mi oddajesz, bo mówisz - Królu wejdź do serca mego, a ta modlitwa jak piorun do Mego Serca wchodzi". Tak siostrze przysięgam - "ta modlitwa jak piorun do Mego Serca wchodzi ". - "Proś mnie o co chcesz, a Ja ci dam". - Pan Jezus pobłogosławił - wszystko króciutko. Siostro, tak mu się powodzi w Łodzi. Wszystko ma, opływa. Ona - już siwy jest teraz, ale siostro, wszystko się wypełnia. ...

A ona?

Co? - Ona niby wierząca, to przyjdzie do kapliczki, to się pomodli. A co do niej Pan Jezus powiedział. - Ciekawa byłam co Pan Jezus do niej powie. Więc mówi Pan Jezus do niej tak: "Córko, jesteś z dala ode Mnie i splątana cierniami. Pragnij, żebym ciernie z ciebie zdjął i żebyś była bliżej Mnie, bo Ja jestem Ojcem ". - Pan Jezus ją pobłogosławił. - A widzi siostra jakie to ważne. - Skąd to dziecko! Skąd to dziecko! - To siostro, żeby siostra wiedziała, to Ona miała po Powstaniu, to miała tych widzeń - mnie to wszystko mówiła - ja już zapomniałam, to Ona ją chcę poprosić, żeby Ona troszeczkę chociaż mnie dała tych widzeń, siostrze - ja ją, bo nikomu nie da, ale mnie da, to ja łykałam te słowa, bo ja to zapamiętałam, co zapamiętałam, to mówię siostro kochana. Jak się to zaczęło wszystko schodzić. Ludzi pełno i rzesza się robiła, mówię siostrze. Ale ksiądz co i raz zajrzał z parafii. Tak, ale księża, księża to muszą mieć dowody, siostro, że tak. Więc proszę siostry, to jak Matki Boskiej acha, co jak, co pamiętam, to mówię. Nadszedł Matki Boskiej Zielnej dzień. Tu już z Warszawy nikt nie mógł przyjść, bo to półtora roku przeszło to widzenie było do Powstania. Przecież siostro dużo rzeczy ja nie mogę mówić, to co nie wiem, tylko to co mówię. Więc siostro kochana, to Matka Boża wiele uleczyła ludzi do tej pory. Do Powstania wiele ludzi cudu doznało, ale było wszystko w cichości. Wszystko było w cichości, tak że, że wywiady były, bo to wszystko, bo to na te cudowne miejsce ogromnie oni byli zdenerwowani. Tak siostro kochana. Co po Powstaniu było to siostrze powiem. Ale mówię teraz o Powstaniu. Więc siostro kochana, to te ziele to przyszły kobieciny, które nie uczęszczały wcale do kaplicy. Były religijne i jedna moja siostra stryjeczna przyniosła - dwóch synów miała w partyzantce, druga miała jedynaka, a trzecia miała też - ta co sprzątała w kaplicy. To proszę panią miała w Oświęcimiu i w Niemczech zabranych 2 synów i te kobieciny - jak Warszawa się paliła - położyły to ziele, przyszły do tej Matki Bożej - dopiero się ocknęły. - Więc ja nigdy nie zapomnę w życiu tego. Wtem widzenie jest. Matka Boża mówi do tych osób: "Matki stroskane nie lękajcie się. Wasze dzieci są pod moim płaszczem. Jeszcze raz powtarzam nie lękajcie się wasze dzieci są pod moim płaszczem". - Wszystkie wrócili. Jeden to mówi: "Mamo, ja pod jedną ścianką cudownie ocalałem". - Mówi: proszę - żołnierz strzela. Pan Bóg kule nosi. Tak napisał do matki. I wszyscy żyją. Pożenili się. Wszystko się wypełniło. A, siostro. Jeszcze się wrócę.

To Matka Boża powiedziała, tak pierwszy raz, jak do Niej przemówiła: "Ty będziesz w Zakonie św. Ludwika". Ja wrócę się jeszcze teraz do siostry. Ty będziesz w Zakonie św. Ludwika. Matka Boża Jej przecież rozkazy dała - różaniec, modlitwy inne, ale to ja już nie spamiętam, ale o różańcu pamiętam i o z oliwy lampka i Matka Boża Jej dużo rozkazów dała, dokąd się nie przemówiła. Dokąd nie przemówiła, tak, to Ona to wszystko wypełniała, proszę siostry. To siostro - żeby mnie przybili tak do tego krzyża jak wszystko jest prawda i siostro, jak ludzi dużo wyleczyła Matka Boża, to ta gospodyni tej Kuńdzi, synowa 2 letnie dziecko, konsylium doktorzy zrobili. Już beznadziejnie. Tak go położyli w kaplicy. Cudownie Matka Boża na początku uleczyła. On już po wojsku jest. On później przychodził z różańcem, modlił się ten chłopaczyna, śnieg odwalał, do szkoły poszedł, to już sprzątał. O, siostro kochana, niech siostra mnie wierzy, że... acha, to później jak to Pan Jezus, tak proszę panią, błogosławieństwo udzielał wszystkim podług życia człowieka, to proszę siostry, to już kiedy po Powstaniu, acha, to Pan... Ona to w Trzecim Zakonie. To ona jest najstarszą siostrą, wszystko się wypełnia. W Zakonie... nawet mnie dała parę złotych teraz, bo tam miała te paczki - rozdawała - to mnie te parę złotych, bo wiem, że moje ubóstwo jest. Ja nie wymagam, ale Ona sama się poczuła... W zeszłym roku mi dała i w tym roku też mnie zawołała. Widziała siostra jak mnie zawołała - i dała mnie parę złotych, no i tego i siostro Ona się udziela. I na chórze śpiewa. I księża wiedzą. I proszę panią, wierzą w te cudowne miejsce, bo obrazki ksiądz jak pierwsza Komunia, to przyjeżdżał tyle lat do tej pory. Dopiero w tym roku skasowane jest. Inni księża. Obrazki wszyscy chrzestni rodzice, cała rzesza się pięknie - siostro… tyle lat księża wiedzą. O siostro kochana, chwileczkę, to po Powstaniu, to taki biskup się dowiedział o tym cudownym miejscu ze świata i przyjechał, to tak udekorowana ta kaplica pięknie była w niedzielę, to było ciepło, kwiatami ubrane, a biskup wyszedł na taras i mówi, na schodki, ale mówi do rzeszy. Mamy Matkę Bożą cudowną w Częstochowie, ale i tu przychodźcie, módlcie się - nie bał się powiedzieć. A nasz proboszcz tak głowę spuścił, bo się trochę bał, bo był więziony. Tak Siostro, i Prymas był i cały świat wie o naszym cudownym miejscu, siostro kochana. To proszę siostry, to po Powstaniu, to jak... bo już ta kaplica była pobudowana, to ja tak prędko poleciałam, mówię, na tę modlitwę. Władzia przyszła wtenczas, a Pan Jezus mówi: "Najbliższy czas przychodzi, aby tu wszyscy kolana zgięli". Najbliższy czas przychodzi, aby tu wszyscy kolana zgięli - te dwa słowa, Pani siostro, jakie to ważne, te dwa to są najważniejsze. Siostra to rozumie, a Matka Boża powiedziała: "Niedługo dzwon zadzwoni a wszyscy uwierzą że Ja tu byłam". To siostro, to ja nie zapomnę tych słów, zaraz siostrze jeszcze coś powiem takiego ważnego. Acha - no to ta Warszawa się pali, to Ona, to proszę siostry, ta nauczycielka jedna z Wilanowa, która miała syna w Oświęcimiu, ofiarowała go tutaj Matce Bożej. Przychodziła, żeby ten syn jej wrócił. Religijna była. Więc ten syn wrócił. Te matki, ta wdowa, ta wdowa, skojarzyły to małżeństwo. Ale on jest bardzo religijny, pobożny, siostro. Jak się domówiłam, to ksiądz mówi. To uczciwie żyć, też jest zakon. Uczciwie żyć w małżeństwie. Więc siostro kochana, on, to jest święta rodzina. Ona Kościołowi służy. Na chórze śpiewa. Jest siostrą, jak się wypełniła, najstarszą - ma nauki do wszystkich. Księża o wszystkim wiedzą, ale w cichości, wszystko w cichości jest to siostro kochana. Zaraz siostro, przypomnę sobie, co ja mam powiedzieć. Acha, to zaraz, zaraz, bo ja już nie mam teraz pamięci, siostro. Już nie to co człowiek młody. 80 lat. Wiele rzeczy wiedziałam. Już nawet ona mi tak przeczytała, ja i słuchać tego nie mogę powiedzieć, tylko co ja słyszałam, co Ona mnie mówiła. Siostro kochana. Siostro kochana, no więc za ten mąż wyjść. Ona nie sobą rządziła, tylko te matki. Więc siostro kochana, ale jakaż Ona wierząca. Więc przyszła wtedy jak nikogusieńko nie było z rana. A ja przyszłam. Ona się nie spodziewała. A Ona przyszła prosić Matkę Bożą o pozwolenie za ten, za mąż wyjść.

Klęczy, modli się, modli się, modli, nie ma widzenia, nie ma widzenia. Tak, a ja, ja poznałam tę sprawę. Więc Ona modli się, aż nareszcie już wyszła. Smutna - modli się. Wyszła do furtki i spojrzała się, jasność ujrzała i przyszła do Matki Bożej. Widać Matka Boża jej pozwoliła. Tak, tak Ona z rozkazu Bożego jest mężatką.

Tak. Ale nikogusieńko nie było, tylko ja jedna byłam. Tak no i ona wypełnia to wszystko. Ale siostro, obmówiony to każden człowiek jest najlepszy i siostro, niech siostra wierzy, ludzie to są marny proch, jeden tylko Bóg sprawiedliwy, jako ja stara kobieta jestem. Jeden Bóg. Mało wyjątki są ludzi dobrych na świecie, sprawiedliwych, ale wyjątki. W małżeństwie są wyjątki dzisiaj nie ma, świat jest taki. Niech siostra Bogu dziękuje, że siostra w zakonie jest.

Dziękuję Pani serdecznie. A teraz chciałabym jeszcze wiedzieć, jeżeli Pani pamięta, o tym Żydku co uciekł z Getta i skrył się na Siekierkach.

Dobrze. Ja dużo rzeczy jeszcze siostro, wiem - przypomnę sobie. Więc proszę panią, ten Żydek taki był, bawił się z moim synem, 11 lat może miał 12 rok ten Żydek. I taki był miły. Co ja jemu jeść dałam. On się w kopkach jeszcze na sianie nocował, ale przychodził do mnie. Ja mu jeść dawałam. Bawił się z moim synem. Więc ja miałam sąsiadkę bardzo religijną kobietę. Jeszcze pani siostro przypomnę sobie, jak co ja mam mówić.

Jak miał na imię?

Nie pamiętam, siostro kochana. Więc ta sąsiadka tak patrzy się w okno, on jest na podwórku, ale - pani Kolańska, może go ochrzcimy? To go ochrzcimy, ochrzcimy. Więc on przyszedł. Chcesz być katolikiem? Chcę być. Dała mu medalik. Ona go chrzciła – obieśmy nie mogły - i ja byłam świadkiem. Tak przy niej stałam tak tylko. Więc ona go ochrzciła. Tak no i on, jako że już jest katolik - to u nas było Gestapo w szkole tam. Siostra wie, gdzie szkoła jest. I on z tym medalikiem usiadł sobie, bo nigdy tu nie był, tylko tam był w kącie, tutaj gdzie nasza kapliczka - że jako katolik, a tam było Gestapo. Więc spojrzał na niego Niemiec i od razu go do piwnicy, katował, a on modlił się, krzyczał: Ja katolik jestem, ja katolik, ja wierzący! - A kto cię ochrzcił? A te dwie kobiety, tam pod 6 - tam gdzie Władzia.

Przychodzi, siostro do mnie, ja przyszłam z tego szmuglu. Wszystkie sąsiadki obszedł, czy to jest prawda, no i powiedzieli, że nie wiedzą o niczym. Nie chcieli mówić. I do tej kobiety, mojej sąsiadki. Ta zaparła się, ta sąsiadka. A on do mnie przy - dlatego teraz jest dobrze, że mnie nie badał. Do jutra pani się przyzna. Przyjdziecie do mnie do szkoły tam i - ale ostro - a na mojego Józia, tego synka - on trupie główki miał - tu - ty do samego Pana Boga się przejedziesz. A ja mówię, mówię. Owszem - do niego mówię, że bawił się z dziećmi co prawda, to powiedziałam. Więc siostro, modliłam się na różańcu. Więc mówię do mego męża: Winna jestem parę złotych, to oddaj, bo ja już, żebyście wy chociaż ocaleli. - Bo to miało Gestapo wszystkich nas wyciąć. Powiedział, że my wszyscy zginiemy. Więc ja mówię: pamiętaj, bo ja może nie wrócę i tak wzięłam tych parę złotych co miałam na ten szmugiel iść i poszłam do niego z tą sąsiadką, ale poszłam do jednego znajomego, co tam z nim obcował, żeby troszeczkę za mnie przemówił - do stróża. Stróż mówi: Już nic nie pomogę, pani Kolańska, bo on mnie już wierzyć nie chce. Idźcie, ja go zawiadomię, że wyście przyszli. My idziemy, ale po tych schodach idę i modlę się. A on otwiera szeroko drzwi, każe nam - ale pogodna twarz - każe nam siadać. A ja mówię. Panie Herman. Ja mam pięcioro dzieci, mąż nie pracuje i ja muszę szmuglować. Przyznaję się, ja muszę jeść dzieciom dać. Jestem nic niewinna, ani sąsiadka. Ale zaraz siostrze wszystko powiem. - No dobrze. A ja mówię. Widzi pan Herman ja nie mogę iść na szmugiel, bo mnie sumienie dręczy, że ja nic nie jestem winna. Przyznaję się, prawdę mówię, że jeść mu dałam, bawił się z moim synem, nocował w kopkach. A, a do sąsiadki się zwraca. A no, jakoście go ochrzciły? Ja byłem też katolikiem. Powiedzcie, jakie to ceremonie? - Po polsku mówił, bo to folksdojcz był. A on mówi: a to głupio tak powiedziała: "a wzięłam, chlapnęłam wodą, a odczep się Żydzie". - A jak ona pani - bić ją chciał. - Te ślipie takie... a ja się tak trzęsłam cała, tak się trzęsłam cała, że i mnie skatuje. Ale siostro - się wrócę. Co jak powiedziałam: Panie Herman mam pięcioro dzieci - jeszcze się wrócę - ja muszę pracować na chleb, bo mąż mój nie pracuje - a, a to sobie pani pójdzie spokojnie - tak mnie powiedział, spojrzał się na mnie i powiedział: pójdzie se pani, niech się pani nie boi. Ja mówię, to ja panu masła przywiozę. Nie, masło dla pani za drogie jest. Kurkę pani mnie przyniesie. - I tak się ze mną ślicznie pogodził. Podobało mu się, że mówię prawdę. A ona - chciał ją bić. Nareszcie się oprzytomniał - i ona musiała mu mówić, mówić, tak jak go chrzciła. Trzęsła się cała, wie siostra. No i ja mówię, no i na tym się stało. - Pogodny taki był dla mnie, że nie sposób, a dla niej był strasznie zły. Jeszcze raz mówię: Panie Herman, ja panu przywiozę kurkę. - Dobrze, dobrze, pani się nie martwi, dobrze będzie. I ja poszłam sobie spokojnie. - To całe Siekierki powiedzieli, że Kolańska będzie odpowiadała za wszystkich, że to już na nic. Ale Bóg jest tylko, tylko Bóg. Modliłam się i Pan Bóg mnie wysłuchał, że on zmiękł, złagodniał. I to wszystko proszę panią. No i tego Żydka tak skatował. Wziął go do Warszawy i więcej nie wrócił. I ten-Żydek przyśnił się tej sąsiadce, że był jak powiada, tak jak murzyn czarny - co to było? - i całował ją, dziękował. A dlaczego był taki czarny, to nie - ja wiem - całował ją, znaczy, że szczęśliwy - ochrzczony. To jest wielkie, wielkie jest siostro. Nawet ja miałam, taką nawet, ja miałam taką wier... - jak święta była, umarła rok czasu. Ona strasznie mnie lubiała, ta kobieta, od dziecka miała... we śnie widziała i Matka Boża do niej przemawiała, św. Antoni. No tak staruszka już była, ale od dziecka, było święte dziecko. A z mężem żyła tak jak brat z siostrą w czystości. To ona tego - chciałam zaś jeszcze siostrze powiedzieć. Przypomnę sobie. Żeby nie mówić to co nie jest.
Acha. - Więc siostro, to ona - nie uczęszczała bardzo do kapliczki - uczęszczała, wierzyła, miała obowiązki, ale czy siostra wierzy, jaki miała sen po Powstaniu.

Po Powstaniu jej się śni, że Pan Jezus - jest ogromna ciemnica i wiatry straszne - ciekawa byłam, co ona miała za sny, bo ona miała prorocze sny i przecież Rosja - jak te forta są, to siostro, to robi się strasznie ciemno - wiatry... wiatry... jaśniej, jaśniej i Pan Jezus - Miłosierdzie Boże z bosymi nóżkami ponad Wisłą. Coraz jaśniej - na Warszawę idzie. To jest ważny sen siostro - Miłosierdzia Bożego - po Powstaniu miała taki. To znaczy się, że będzie burza, ale Pan Jezus Miłosierdzia będzie opiekun nasz. Zobaczy pani.

Wszystko się wypełnia co ona mówiła. I powiedziała mnie tak, że z Siekierek to najbardziej mnie lubi. Myśmy się tak narozmawiały. No tak, więc pani siostro, nawet jak chora byłam mówiła: Św. Antoni powiedz mi, czy ta Kolańska będzie żyła? - "Za trzy dni wstanie" - i tak było. Siostro kochana, jeszcze se przypomnę o dużo rzeczy, jak pójdę do domu to będę wiedziała, siostro kochana. Jak to wszystko się wypełnia, jak to się wypełnia.
... się parę lat siostro, to od tego roku - nadszedł październik... chwileczkę - więc Matka Boża do niej mówiła, żeby dziewczynki - dzieci - z różańcami przyszły tu, w październiku.
To - moja córka miała wtedy, no zaraz, 11 lat, to te dzieci, wie pani, te dziewczynki z tymi różańcami - to pani zapłakała taka była, piękny październik, cieplutko, księżyc świecił, a to wszystko na dworzu się modliło. Rzesza, a Ona przy tej wisience ma widzenie koteczku, a Matka Boża mówi do Niej że: "Wasz śpiew jest połączony z chórem Aniołów" - na te dzieci - na .te wszystkie. Ja nigdy nie zapomnę tego, jak to pięknie było. Jeszcze coś mówiła, ale to mówię co słyszę - "Wasz śpiew jest połączony z chórem Aniołów" - a jak pani by spojrzała na te dzieciny z tymi różańcami, to pani się zaraz rozpłakała. Tak pięknie było, mówię siostrze, że jak pięknie było, to siostro kochana.

/-/ Kolańska Stefania

Świadectwo 24

Mówi Pani Kołtunowa Flora
(nagrane na taśmę)

Weszłam do pani - do Władzi mamusi. Jak się dowiedziałam, jak się dowiedziałam od mleczarki, że tu jest cudowne miejsce na Siekierkach. Dziewczynce się Matka Najświętsza objawiła na wiśni. Ja mówię, Boże, czy to jest możliwe, że Matka Najświętsza nami nie pogardziła. Że Matka Najświętsza do nas, do biednych nas Warszawiaków przyszła? Matko Najświętsza, jak to jest prawda, pozwól mi przyjść tam do Ciebie na cudowne miejsce. I w tym właśnie zaraz jak ona to mi powiedziała, że dziewczynka ujrzała Matkę Najświętszą zaraz pobiegliśmy w niedzielę razem z chorym mężem. Bo mój mąż wrócił z niewoli z Bawarii. Był bardzo ciężko chory. Trzy lata temu właśnie był chory, przez lekarza leczony. Lekarz powiedział, że ja się wróci za trzy lata ta choroba, to już na pewno może się pani z mężem pożegnać. Żaden lekarz już nie uratuje, chyba żeby był cud z nieba.

Na co chory był mąż?

To była obozowa choroba jakaś ciężka, jakaś trudno mi powiedzieć, no nazwał, nazwał doktór jakąś cholerynką, tą chorobę straszną, że ona była powracała się po trzech latach i już była śmiertelna, tak że ona rzeczywiście się wróciła za trzy lata. Ja mówię do męża: Słuchaj, dziewczynce się Matka Boża objawiła. Chodźmy tam, pójdziemy na Siekierki, jak jeszcze możesz iść. A mąż powiedział: dobrze, pójdziemy. No i przyszliśmy na Siekierki. Z chwilą jak mi mleczarka powiedziała, że tu Matka Najświętsza się objawiła, przyszliśmy do Matki Najświętszej żeby Ją powitać. Przychodzimy do tej dziewczynki, a Jej mamusia mówi: "Proszę Panią, nie ma dziewczynki, wyszła i Ona wyjechała, nie ma Jej w domu. Proszę mnie nie nachodzić, bo jeszcze nic nie wiadomo. Dziecko może być chore, albo coś takiego, więc proszę mnie nie nachodzić. Ja mówię: proszę panią, niech pani wierzy, że jestem wierzącą i praktykującą. Bardzo wierzę w to i przyszłam panią naprawdę - niech pani się mnie nie boi, proszę bardzo, żeby pani mnie pozwoliła wejść. Ale nie ma dziewczynki, Ona wyjechała. No, mama skłamała trochę przede mną, a ja intuicyjnie czułam, że Ona jest. No i nie dało mnie odchodzić, tak zupełnie, jakby Matka Najświętsza powiedziała. Nie - jest i czekaj na nią. Więc ja schodząc pomimo, że ta mamusia Władzi nie pozwoliła mnie wejść do domu, zeszłam z pierwszego piętra, bo to na oficynie mieszkali i spotkałam małych dzieci i prosiłam ich - czy wy nie wiecie dzieciaczki gdzie jest Władzia? A oni mnie odpowiadają: Wiemy, bo proszę panią, Ona poszła na Sumę do kościoła, a jej mamusia nie chce nikogo puścić, bo się boi - więc mówią - proszę panią, Ona jest, ona na Sumie jest, a później idzie na cmentarz, modli się nad grobami. Więc ja mówię: słuchajcie kochane dziewczynki - z chwilą, gdy będzie Ona szła - dałam im na cukierki - z chwilą, gdy Ona będzie szła, a ja pobiegnę tam dalej, oddalę się, więc będę czekała jak Ona przyjdzie, więc przyprowadźcie mnie ją, dobrze kochane dzieci.

A gdzie został mąż?

Mąż został na dworzu chory. No oczywiście, mógł jeszcze przyjść, bo przyjechaliśmy tramwajem i później doszedł ten kawałek drogi. Więc siedzieliśmy na trawie czekając, patrzymy, dziewczynki Ją prowadzą - Władzię. Przychodzi do mnie - bardzo się do mnie przytuliła." No ja mówię, kochana dziecino, powiedz mnie jak tyś widziała Matkę Najświętszą - droga moja - a Ona mnie zaczęła opowiadać. Przytuliła się do mnie tak jak, takim czułym sercem, czułam Ją tak jakby to było moje własne dziecko i mówię: powiedz kochana jak tyś ujrzała Matkę Najświętszą i Ona zaczęła mi - zaczęła, że o godzinie - to było 3 maja wieczorem, nikogo w domu nie było, zaczęła się bardzo modlić do Matki Najświętszej przy paciorku i w tym ujrzała wielką jasność w domu - przeraziła się, bo na razie myślała, że to jest, że to się pali, bo to była okupacja niemiecka, bo to przecież były zawsze jakieś wypały, jakieś wybuchy, więc Ona się przeraziła tym. Leci do okna zobaczyć, a tu ujrzała Matkę Najświętszą na wiśni za, pod jakimś welonem, za zasłoną i nie ujrzała Matki Najświętszej tak na jawie, ale widziała postać na wiśni, ze Matka Najświętsza stoi, ogromna jasność od Niej biła, no później opowiada, to było kilka dni po jej pierwszym widzeniu, że Matka Najświętsza już kilka razy do Niej przychodziła i w południe Jej kazała przyjść pod wiśnię i kazała Matka Najświętsza, prosiła Ją żeby Ona powiesiła obrazek Matki Bożej z Lourdes na wiśni najpierwszy, a później Matka Najświętsza zażądała kapliczkę małą, żeby była powieszona na wiśni, no i ja zaczęłam przychodzić każdą niedzielę razem, drugi raz przyszłam też z mężem, jeszcze mógł przyjść, ale już trzeci raz nie mogłam przyjść z nim, bo już był bardzo ciężko chory.

Czy Pani prosiła o zdrowie dla męża?

Tak bardzo prosiłam u Matki Najświętszej. Jak przyszliśmy błagaliśmy pod wiśnią, tu przyszliśmy i Władzi matka zobaczyła mnie, że jednak byłam krnąbrna i uparta, nie patrzyłam na to, że powiedziała, że mnie nie ma i Władzi, a ja jednak czekałam na nią i Władzia zobaczyła, że Władzia mnie opowiada, ja powiedziałam: niech pani się nie boi, niech pani się nie lęka, ja mówię pani szczerze, zaraz pójdziemy pod wiśnię, będziemy się modlić. I wtenczas poszliśmy wszyscy pod wiśnię, jeszcze kilka osób do nas się zbliżyło i zaczęliśmy się modlić. Ja bardzo błagałam Matkę Najświętszą o zdrowie dla swego męża, żeby Matka Najświętsza go nie zabierała, żeby jeszcze zostawiła go na świecie, bo mam córkę dosyć krnąbrną, którą mówię, nie dam rady jej sama wychować, bo byłam już chora na serce sama z tych wszystkich przeżyć. W tym przychodzę drugi raz do Matki Najświętszej, a mąż mój już bardziej chory i proszę u Matki Najświętszej, Mateńko Najświętsza, czyś o mnie zapomniała, że zabierasz mi męża. Ja zostanę sama i nigdy nie wyjdę już za mąż, ja bym chciała Cię tak prosić Matko Boża, żebyś zostawiła mi go jeszcze, żeby on jeszcze, on jeszcze pożył. Matuchno, poproś Pana Jezusa o miłosierdzie, o zostawienie jego na ziemi, jak można ubłagać Cię o miłosierdzie i w tym Matka Najświętsza odpowiedziała dziewczynce w widzeniu, że "Ja o nikim nie zapominam i ani mój Syn. Najmniejszy robaczek się nie poruszy stąd dotąd, który bez woli Bożej nie może się poruszyć i o każdym pamiętam. Tak samo dziecino i o tobie nie zapomnę”. – Te słowa usłyszałam przez Władzi usta, jak Matka Najświętsza do Niej mówiła.
To było u Niej w mieszkaniu, już byłam poproszona. Byłam pod wiśnią i byłam poproszona do Jej mieszkania. Później trzeci raz już mój mąż nie mógł przyjść trzeciej niedzieli. To się działo wszystko w maju. Tak nie pamiętam szczególnie daty... więc trzeci raz przychodzę sama ze łzami w oczach. Było bardzo dużo ludzi. Było pełniusieńkie mieszkanie i na schodach nie mogli się pomieścić i pod wiśnią i wszyscy zaczęli błagać Matkę Najświętszą o miłosierdzie, o łaski dla siebie, o cierpienia, każdy znosił, no i ja prosiłam, no i Władzia prosiła bardzo Matki Bożej. Bardzo prosiła Matki Bożej, a mąż mój już był prawie w agonii, że o zdrowie mojego męża i tak było powiedziane, że jak ja wrócę do domu, to mój mąż zostanie uzdrowiony i rzeczywiście przychodziłam, już byłam przyszłam do domu, wszyscy się modlili wspólnie ze mną i Władzia bardzo błagała Matki Bożej i w tym przychodzę do domu, mąż mój prawie że w agonii nieprzytomny. Budzę męża i mówię: tak jakbym budziła go ze snu. Ja mówię. Matuchna Najświętsza cię uzdrowiła Kaziu, będziesz żył nie martw się, będziesz żył. Matka Najświętsza na Siekierkach cudowna na wiśni cię uzdrowiła i mój mąż zaraz tak jak mógł to zeszedł na kolanach przed ołtarzykiem maleńkim, który miałam i podziękował Matce Bożej i od tej pory trzydzieści trzy lata żyje i Matka Najświętsza powiedziała, że płaszczem swoim będzie osłonięty, że nam nic się nie stanie i tak się stało, że nic nam się nie stało w mojej rodzinie pomimo strasznych napaści i obozów, nikt nie zginął. Szwagrowie byli, ale nikt nie zginął. Szczęśliwie każdy wrócił i byliśmy wszyscy osłonięci płaszczem Matki Bożej cudownie. Teraz swoją prośbę, którą Matka Najświętsza, którą zostałam wysłuchana, za którą Matce Najświętszej dziękuję, składam największe podziękowanie Sercu Jezusowemu, Matuchnie Najświętszej Przyrzekłam Jej, dokąd będę żyła, będę do Niej przychodziła i Jej służyła jako wierna Jej sługa. Matko Najświętsza, ja niegodna Twoja sługa, pozwól mi przychodzić tu, żebym mogła Ci służyć. wtem dowiaduję się - miałam na Wielopolu za okupacji niemieckiej budkę. Zrozpaczona sąsiadka, która tam obok mnie strasznie płacze i mówi, że jej córka - studentka - pracowała w AK, brała wielki udział w konspiracji i ona właśnie podobnież brała udział w zamachu na Kuczerę i w tym, w ten pierwszy zamach wszyscy zostali wyłapani. Nie udało się - nie udał się im i ta matka od rozumu odchodziła, płacz straszny i tak rozpaczała, że to takie dobre dziecko i ono jest już zaaresztowane w Gestapo. W tym ja mówię: Proszę panią, nic nie straconego, niech pani biegnie do Matki Bożej na Siekierki, tam Matka Najświętsza przyszła do nas, ja mówię, niech pani biegnie, pójdziemy, a ona mówi: nie wiem gdzie to jest. Ja mówię: niech pani przyjdzie do mnie, ja pójdę razem z panią, zaprowadzę, no i w tym jak przyszła ta pani do mnie, zaraz przyszliśmy, a tutaj właśnie na terenie koło wiśni Niemcy ćwiczą w pełnym rynsztunku, leżą w tym błocie, w tych bruzdach i ćwiczą, a mąż jej zląkł się i wrócił. Ja mówię, no trudno, niech pan się wraca, a pani niech się nie załamuje, pani niech idzie do Matki Najświętszej. Idziemy do Matki Najświętszej sama jeszcze wiśnia była i obrazeczek na niej, mała kapliczka. I myśmy doszli z tą panią pod tą cudowną wiśnię do Matki Najświętszej, zaczęliśmy błagać Matkę Boską o zasłonięcie tej dziewczynki, żeby ona nie zginęła, żeby Matka Najświętsza wzięła ją pod swój płaszcz, żeby Matuchna Najświętsza ją ratowała. Matko Najświętsza - i wołamy na głos, obchodzimy na kolanach tę wiśnię, prosimy Matkę Najświętszą. Mówimy na głos różaniec, a Niemcy pokazują na nas, na głowę, że myśmy powariowały, że to już Polacy zwariowali, a my nic, ja mówię: niech pani nic nie mówi, niech pani się modli, nie przerywać modlitwy i my się modlimy cały czas, a oni odeszli ci Niemcy od nas, a jeden po prostu Niemiec, to łzy miał w oczach patrząc się na nasz widok, jak myśmy skamlały do tej wiśni, do tej Matuchny Najświętszej, do tej kapliczki, która wisiała i Matka Najświętsza na wiśni. W tym się dzieje, że pomodliliśmy się i przychodzimy, poszliśmy do domu. Matka za krótki czas, za kilka dni dowiaduje się, że córka z Gestapo została przesunięta z Alei Szucha na Pawiak. To był taki, po prostu pisała list, że mówi, nie wyobraża sobie tego jak to się stało, bo wszyscy zostali rozstrzeleni, a ona, ją Niemka właśnie powiedziała, szkoda żeby ona ginęła i wysłała ją na Pawiak, a z Pawiaku wyjedziesz do obozu i prędzej może ocalejesz, bo szkoda cię, żebyś zginęła. To niepodobne, żeby była Niemka, to jakaś siła wyższa ją ochroniła i ją wysłała, tak żeby ją ocalić, to tu Matka Najświętsza cudowna uczyniła ten znak i ten cud na Pawiaku, w tej Alei Szucha. I w tym ta matka wysłała jej cudowny medalik Matki Bożej w chlebie do obozu i powiedziała do niej: Córciu, w razie już będzie taka Wola Boża, jak już będziesz miała ginąć, nie giń bez Matki Bożej. Pamiętaj, żebyś Ją zawsze miała przy sercu twoim, pamiętaj, żebyś Ją miała na piersi swojej jak będziesz ginęła, jak będzie taka Wola Boża, bo ja Ci się Boże zawsze ofiaruję i biegnę do Matki Bożej, aby cię osłaniała nawet i w tym obozie. I w tym się dzieje, że matka dostaje się za okupacji niemieckiej, jak Powstanie wybuchło w Warszawie, razem dostaje się do tego samego miasta, gdzie i córka jest. Ją wywożą z Warszawy razem z mężem i z innymi córkami, miała jeszcze dwie córki i mówi tak: Boże, tu moje dziecko jest w tym mieście, a jeszcze wojna nie skończona, a to miasto mieli okupywać Amerykanie, bo Rosjanie nie mieli tego miasta, nie pamiętam dokładnie, bo mnie tłumaczyła o tym mieście, ale już mam słabą pamięć, bo już mam 70 lat, to już wyszło mnie trochę z głowy te nazwy. Więc mówi: Boże, żeby to moje dziecko, żebym ja mogła zobaczyć jak w RGO zaczęła pracować i paczki dawała i żywiła wszystkich kto wracał, żebym ja mogła swojemu dziecku dać. Mateńko, przecież ja Ciebie prosiłam i Tyś mnie, czułam, że dasz mnie, że ona wróci do mnie Matuchno kochana, ona prosi, ta matka bardzo Matki Bożej i dzieje się cud w obozie. Niemcy wszystkich, wszystkich więźniów na rozstrzał brali, jak likwidowali obozy, to wystrzeliwali wszystkich z obozu i tu się dzieje tak samo, że wszystkich ich wystawili na rozstrzelanie, a jej córka - pomacała piersi swoje, że nie ma medalionika, że na umywalce zostawiła medalionik i biegnie i patrz - na widok, na oczy, na ręce karabinów i Niemców, gdzie byli ustawieni karabiny, wszyscy ludzie z obozu byli wystawieni na rozstrzał i ona leci po ten medalionik Matki Bożej, żeby razem z nim ginęła i w tym trakcie, w tym trakcie ona właśnie bierze ten medalionik, a oni już rozstrzeliwują wszystkich i ją nie widzieli zupełnie, każdy jej ustąpił miejsca ...każdy jej ustąpił miejsca jak ona biegła do tego obozu i wzięła medalionik i miała iść z powrotem na miejsce i zobaczyła jak ona się znalazła w obozie sama jedna, jedniusieńka i oni wszystkich rozstrzelili i ona jedna jedyna została w obozie. Czy to nie są łaski Matki Najświętszej? Czy to nie znak prawdziwy, który Matka Najświętsza doświadczyła to dziecko, to nie chciała żeby ono ginęło i w tym ona, wchodzą Amerykanie. Pełno trupa leży, a ona zdygociała, trzęsąca się w kącie w obozie trzęsła się i patrzy na widok Amerykanów, oni wchodzą i biorą ją i prowadzą, gdzie akuratnie, do RGO do tej matki jej i wpada w objęcia matki i matka mdleje i ona. Straszna tragedia, straszne przeżycie i matki i córki. I trzeba trafu, że po Powstaniu znalazłam się w Brwinowie i nie dostałam się do żadnego obozu i w tym trakcie po skończeniu w 1945 r. Powstania, znalazłam się w Warszawie i przybiegłam do Matki Najświętszej podziękować za wszystko, że zostaliśmy ocaleni, że nietknięci, w obozie nawet nie byłam, tak Matka Najświętsza uczyniła i trzeba trafu, że spotykam tę osobę w tym trakcie, kiedy jestem na cudownym miejscu, ona też przyszła podziękować Matce Najświętszej, bo przyrzekła Matce Bożej, że gdzie by nie była, to przyjedzie skąd by nie była nawet zza oceanu, to przyjdzie Matce Bożej podziękować. I my się spotykamy tu na cudownym miejscu obydwie, tak jak byśmy się umówili i ona mnie to wszystko opowiada i mówi proszę panią, mogłam zostać już w Ameryce, mogłam zostać wszędzie, bo mamy wyższe wykształcenie, więc przyrzekłam Matce Bożej, że przyjdę Jej podziękować, hołd Jej złożyć za to wszystko i właśnie przyszłam i tak myślałam, żebym mogła panią spotkać tutaj, bo jednak pani mnie powiedziała o tym cudownym miejscu. I pani sobie wyobrazi, że nawet i to uprosiłam u Matki Bożej, dziwny zbieg nie wiedząc, gdzie pani mieszka i pani nie wie, gdzie ja mieszkam i my się spotykamy u Matki Bożej jednego dnia po Powstaniu. To przecież traf taki. I więcej od tamtej pory tej pani nie widziałam, więc możliwe, że wyjechała gdzieś za granicę, bo nie miałam styczności ją spotkać, a to by zawsze na pewno była u Matki Bożej, bo ona była taka Jej oddana, tak dziękowała Matce Bożej ze łzami w oczach, to na pewno by była, nigdy jej więcej nie spotkałam. Tak jakby trzeba było, żebym ja to wszystko siostrze opowiedziała. I tu Matce Najświętszej słyszeli ten właśnie cud.

Jeszcze chcę dodać. Nie tylko mój mąż uzdrowiony został. Wracam do swojej rodziny. I w tym trakcie moja córka jak wyszła za mąż rodziła syna i bardzo ciężki poród był, kleszczowy i sama miała w obydwu nogach skrzepy i w tym temperatura do 40 stopni. Lekarze załamywali ręce. To było na Karowej. No rozpacz, tak że powiedzieli, tracą nadzieję. Jest niemożliwe ją uratować. Bardzo ciężki stan, nie wiedzą co to jest, że taka straszna gorączka, a skrzepy, obydwie nogi są w szynach. i my mówimy, że jeszcze biegniemy do Matki Bożej. Przybiegliśmy, zięć przyszedł ze szpitala. Przybiegliśmy tutaj o godzinie 9 wieczorem, tak jak Władzia widziała właśnie Matkę Bożą. Zmówiliśmy różaniec, było nas 7 osób. Błagaliśmy Matkę Najświętszą dla Niej o zdrowie, żeby Matka Najświętsza dała jej zdrowie. I w tym właśnie, kiedy myśmy tu mówili różaniec, to ją gorączka puściła i nogi z szyny zdjęte i wróciła za 7 dni do domu. To cudowne uzdrowienie, dziękujemy Matce Bożej tu na cudownym miejscu, bo o tej godzinie to się stało. Doktór sam się dziwił jak to się stało, co to było, że tak raptownie wszystko właśnie minęło, to było dziękując Matce Bożej i wnuczek kiedy miał półtora roku, córka urodziła drugie dziecko, dziewczynkę, wróciła, on upadł wznak, pośliznął się na podłodze, chłopczyk Krzysztof. I w tym dostał wstrząsu mózgu, ropną anginę, ostry katar kiszek i sławni profesorowie Bogdanowicz i inni z Mokotowa już nie pamiętam nazwiska drugiego profesora, którzy jego leczyli i powiedzieli też, stan jest beznadziejny, ciężki stan, bo dziecko lodem okładali i dziecko właśnie zostało zaziębione i w tym właśnie dziecko tutaj u Matki Najświętszą zostało uzdrowione i chłopiec żyje, który ma 21 rok już i bardzo nam Matka Najświętsza tyle łask dała, za które nie jesteśmy godni Matce Bożej dziękować. Dziękujemy Ci Matko Najświętsza. A moje nazwisko - nazywam się Kołtunowa Flora. Mieszkam w Warszawie, Śniegocka 7 mieszkania 13.

mój podpis /-/ F. Kołtunowa

Świadectwo 25

Mówi Pani Brodowska Stanisława

Przychodziłam do Matki Najświętszej, modliłam się zawsze na Anioł Pański codziennie przychodziłam. Jednego razu sprzeciwił się mój mąż i moja teściowa, że nie mogłam przyjść. Bardzo żałowałam, płakałam. Wyrwałam się z domu biegnąc szybko, żeby zdążyć. Przyszłam, i mówią mi wszyscy z grona, że było błogosławieństwo - dlaczego mnie nie było, że było takie błogosławieństwo. Już wracali, Władzia już wracała do domu. Władzia się odkręciła, wpadła w zachwyt.
Matka Najświętsza przyszła i mówi: "Przyszłam do niej, pobłogosławię ją, bo ona też do Mnie przychodzi". - Dziękowałam Matce Najświętszej. Padłam krzyżem, dziękowałam, płakałam, dziękowałam, dziękowałam i stale Matce Najświętszej, to pamiętam i dziękuję jak Matka Najświętsza mnie wtedy pobłogosławiła.
Kiedy moja siostra w czasie wojny w Sokołów Podlaski, była aresztowana, później jakoś cudem się wydostała właśnie i ojciec był aresztowany, to ojca zatrzymali, a siostra uciekła do mnie i skryła się u mnie tutaj w Siekierkach. Przychodziliśmy i modliliśmy się tutaj do Matki Najświętszej i przyjechała moja mama i modliła się też tutaj na tym miejscu cudownym, a Matka Najświętsza przez Władzię w widzeniu mówi, powiedziała do mamy: "Matko nie rozpaczaj o twoje dziecko, Ja też bolałam nad Moim Synem, tak jak ty bolejesz, nic się nie stanie twemu dziecku, będzie osłonięte".
I do dziś dnia siostra moja żyje, dziękować Matce Najświętszej i tu że się u mnie ukrywała.

Mieszkam w Siekierkach, nazywam się Brodowska Stanisława.
/-/ Brodowska Stanisława



Przy wyszukiwaniu informacji wystarczy wpisać słowo lub jego część.